Interesuje cię nowa powieść Olgi Tokarczuk i historia przesiedleń po wojnie? Tutaj znajdziesz szerszy kontekst tego tematu, od literackich inspiracji po refleksje o pamięci i tożsamości. Zobacz, dlaczego ta książka może stać się jednym z najważniejszych wydarzeń literackich najbliższych lat.
O czym ma opowiadać nowa powieść Olgi Tokarczuk?
Olga Tokarczuk zapowiada książkę, która skupi się na powojennych przesiedleniach ludności na Dolny Śląsk, Pomorze, Warmię i Mazury. To historia o ludziach wyrwanych z miejsc urodzenia, zmuszonych do porzucenia domów, języka i porządku świata, który znali. Autorka podkreśla, że mowa o jednym z największych przesiedleń w historii Europy, a więc o doświadczeniu zbiorowym, które wciąż nie zostało w Polsce opowiedziane z należytą uwagą.
Tokarczuk zwraca uwagę, że po II wojnie światowej Niemcy zostali wypędzeni z Dolnego Śląska, a ich miejsce zajęły wielomilionowe grupy Polaków i innych społeczności przybyłych z Kresów i różnych regionów obecnej Ukrainy, Białorusi czy Litwy. Wielu z nich to przodkowie dzisiejszych mieszkańców Wrocławia, Wałbrzycha czy Jeleniej Góry. Nowa powieść ma więc dotknąć także bardzo osobistej warstwy pamięci rodzinnej, w tym historii przodków samej pisarki.
Dlaczego Tokarczuk wybiera Dolny Śląsk?
Dolny Śląsk jest dla Tokarczuk nie tylko geograficznym tłem. To obszar, na którym – jak mówi – żyje od lat, obserwując, jak bardzo jest to kraina „po kimś”. Wsie z mieszanymi cmentarzami, poniemieckie domy z pozostawionymi napisami, zatarte ślady dawnej obecności niemieckiej ludności cywilnej – wszystko to tworzy przestrzeń, która domaga się opowieści. W literaturze polskiej często opisywano drogę Polaków z Kresów na Zachód, rzadziej w tym samym kadrze pokazywano równoległe wypędzenie Niemców.
Nowa powieść ma wypełnić tę lukę. Tokarczuk wielokrotnie powtarza, że historia powojennych przesiedleń wciąż jest „nieopowiedziana”, a tymczasem to ona stała się kamieniem węgielnym powojennego porządku Europy Środkowej. Zmiana granic, przemieszczenie milionów ludzi, etniczne „uporządkowanie” mapy – wszystko to zostawiło ślad w mentalności i języku mieszkańców regionu. Literatura, zdaniem autorki, powinna ten ślad wydobyć na powierzchnię.
Jedna ziemia, dwa exodusy
Przy tej perspektywie nie sposób pominąć faktu, że transfer ludności był ruchem dwukierunkowym. W tym samym czasie, gdy z Dolnego Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur wypędzano Niemców, z Wilna, Lwowa, Grodna czy Tarnopola wysiedlano Polaków. Część z nich trafiła właśnie na ziemie „odzyskane”. Dwie grupy, dwie pamięci, dwa rodzaje bólu – a jednak jeden pociąg, te same bydlęce wagony, podobne obrazy porzucanych w pośpiechu domów.
Nowa proza Tokarczuk może więc ukazać powojenny Dolny Śląsk jako miejsce przecięcia losów: kogoś, kto dopiero co stracił wszystko, i kogoś, kto właśnie musi oddać swój świat. Ten podwójny ruch przesiedleń sprawia, że tradycyjny schemat „my – ofiary, oni – sprawcy” przestaje wystarczać. Trzeba nowych kategorii, które opiszą ludzi przede wszystkim jako wygnańców, a nie tylko Polaków czy Niemców.
Jak literatura opowiada o powojennych przesiedleniach?
Czy nowa powieść Tokarczuk wpisze się w istniejącą już tradycję? W polskiej literaturze ostatnich dekad pojawiło się wiele książek o ekspatriacji Polaków z Kresów. Aleksander Jurewicz pisał o przesiedleniach z Białorusi w takich tytułach jak „Lida” czy „Pan Bóg nie słyszy głuchych”. Stefan Chwin i Zbigniew Żakiewicz poruszali temat wyjazdów z Litwy, zaś Olga Tokarczuk sama wcześniej w „Opowieściach ostatnich” dotykała kresowej pamięci.
Dopiero takie utwory jak „Hanemann” Stefana Chwina czy eseje inspirowane myślą Giorgio Agambena zaczęły równocześnie odsłaniać doświadczenie niemieckiej ludności cywilnej po klęsce Rzeszy. Chwin, zostawiając swojego bohatera – melancholijnego Niemca, anatomopatologa – w powojennym Gdańsku, pokazał, że po 1945 roku na tych ziemiach mieszkali nie tylko zwycięzcy i mściciele, ale też ci, którzy stali się nagle zbiorowym „nagim życiem”, pozbawionym ochrony prawa.
Wypędzenie jako fundament powojennej Europy
Coraz częściej badacze piszą, że prawdziwym początkiem powojennego ładu nie był sam koniec działań zbrojnych, ale właśnie fala deportacji i przesiedleń. Z mapy zniknęły wieloetniczne miasta. Pojawiły się państwa „oczyszczone” etnicznie, homogeniczne, ale zbudowane na traumie wypędzeń. Literatura, od Güntera Grassa („Idąc rakiem”) po polskich prozaików, zaczyna odkrywać, co to znaczyło dla jednostek.
Grass pokazał trzy pokolenia Niemców: dziadków, którzy utracili „heimat”, dzieci budujące demokrację w cieniu winy i wnuków, którzy – pozbawieni własnej narracji cierpienia – szukają jej w skrajnych, nacjonalistycznych formach. Brak opowieści o ucieczce z Prus Wschodnich, marszach przez zamarznięty Zalew Wiślany czy zatopieniu statku „Wilhelm Gustloff” nazwał „niesłychanym zaniedbaniem”. Tokarczuk, sięgając po historię Dolnego Śląska, wpisuje się w ten szerszy proces przywracania głosu różnym wygnańcom.
Wygnaniec coraz częściej zastępuje w literaturze figurę człowieka „zakorzenionego” – to on staje się podstawowym bohaterem opowieści o XX wieku.
Nowi narratorzy i nowa perspektywa
Podczas 91. Kongresu Międzynarodowej Federacji PEN Olga Tokarczuk mówiła wprost, że literatura potrzebuje nowych narratorów. Stary obraz pisarza zamkniętego w gabinecie nie odpowiada już światu pełnemu kamer, mediów społecznościowych i nieustannych komentarzy. Przestrzeń, w której żyjemy, jest wielopoziomowa, a klasyczna trzecioosobowa narracja może nie wystarczyć, by ją uchwycić.
Tokarczuk marzy o patrzeniu na rzeczywistość oczami myszy żyjącej w jej domu czy perspektywą systemu sztucznej inteligencji, takiego jak Chat GPT. W odniesieniu do przesiedleń oznacza to możliwość budowania opowieści nie tylko z poziomu „wielkiej historii”, ale z bardzo niskiego punktu widzenia: wagonu, podwórka, granicznej rzeki, małego miasteczka, które nagle zmienia język i mieszkańców.
- głos dziecka, które nie rozumie, czemu traci swój dom,
- spojrzenie zwierząt porzuconych podczas ucieczki,
- narracja „niemej” rzeczy – walizki, klucza, rozbitej szyby,
- perspektywa urzędnika, który stempluje kolejne dokumenty przesiedleńcze.
Taki wybór narratorów pozwala rozbić prosty podział na „swoich” i „obcych”. Zamiast jednego głosu narodu słyszymy wielogłos jednostek.
Dlaczego ta powieść jest tak ważna dla polskiej pamięci?
W polskim dyskursie przez lata dominowała wizja Polaków jako narodu męczenników. Eseje Jana Józefa Lipskiego o „dwóch ojczyznach, dwóch patriotyzmach” pokazywały, że taki obraz łatwo prowadzi do megalomanii, ksenofobii i odrzucenia wszystkiego, co „obce”. Nienawiść do Niemców czy Rosjan stawała się spoiwem wspólnoty, ale była to wspólnota zbudowana na truciznie, niezdolna do krytycznego spojrzenia na własne zbrodnie i winy.
Nowa powieść o przesiedleniach może wpisać się w nurt patriotyzmu krytycznego, którego domagał się Lipski. Zamiast podtrzymywać wizję Polski jako wyłącznie ofiary, pozwala zobaczyć także sytuacje, w których Polacy stawali się sprawcami przemocy wobec niemieckiej ludności cywilnej – choćby w obozach pracy dla Niemców na Śląsku czy Opolszczyźnie. To nie odbiera prawa do pamięci własnej krzywdy. Umożliwia jednak uczciwszą rozmowę z samymi sobą.
Od „Niemców” do ludzi
Wiele polskich tekstów ostatnich dekad pokazuje, jak bardzo kategoria „Niemiec” była upraszczającą etykietą. Jedno słowo miało obejmować zarówno nazistowskiego oprawcę z obozu koncentracyjnego, jak i cywilną dziewczynę gwałconą w 1945 roku albo melancholijnego lekarza-anatoma, który nigdy nie strzelił do nikogo. Tokarczuk, podobnie jak Chwin czy Rudnicki, odrywa konkretne twarze od tej zbiorowej nazwy.
Takie rozszczelnienie etykiet ma podwójny skutek. Po pierwsze, pozwala Niemcom przestać być jedynie „figurą historycznego wroga”. Po drugie – co dla polskiego czytelnika szczególnie ważne – rozbija także obraz Polaka jako przynależnego z natury do świata niewinnych ofiar. W miejsce czarno-białego podziału pojawia się gęsta sieć historii lokalnych, rodzinnych, granicznych, często bardzo niewygodnych.
| Tradycyjny schemat | Perspektywa przesiedleńcza | Nowe pytania |
| Polak – ofiara | Polak – wygnaniec i czasem sprawca | Kto cierpiał i w jaki sposób? |
| Niemiec – sprawca | Niemiec – cywil wypędzony z domu | Kto ma prawo mówić o krzywdzie? |
| Ojczyzna – stała | Ojczyzna – przemieszczona, utracona | Co tworzy nasze „miejsce na ziemi”? |
Literatura, mity i lęk przed dosłownością
Tokarczuk wielokrotnie podkreśla, że literatura nie jest ozdobą życia, lecz organem społecznym. Łączy ludzi, tworzy wspólnotę, pozwala dzielić się doświadczeniem w sposób głębszy niż codzienna rozmowa. Bez opowieści – jak mówi – bylibyśmy „biednymi, prymitywnymi zwierzętami”, które nie potrafią razem przeżyć świata.
Szczególnie ważne są dla niej mity i myślenie metaforyczne. W kontekście przesiedleń Dolnego Śląska mity nie oznaczają zmyślonych historii, ale opowieści, które porządkują traumę. Problemem współczesności jest właśnie utrata umiejętności czytania symboli i metafor. Gdy wszystko odbieramy dosłownie, rzeczywistość natychmiast upraszcza się do dwóch kolorów, a doświadczenia tak złożone jak deportacje milionów ludzi przestają być widoczne w całej swojej warstwowości.
Tokarczuk mówi wprost, że najbardziej boi się literalności, bo zabija ona złożoność i nie pozwala wejść w „nie biało-czarne” sytuacje.
Powieść o przesiedleniach może więc operować nie tylko faktami, ale i symbolami: pociąg jako ciało zbiorowe, klucz do dawnego domu jako fetysz utraconego świata, mapa jako narzędzie przemocy, które jednym ruchem przesuwa miliony biografii. Tego typu obrazy nie zaciemniają historii. Przeciwnie, pomagają ją przeżyć głębiej.
Literatura jako forma solidarności
W swoim apelu do literatów świata w sprawie Ukrainy Tokarczuk pokazała, że opowieści mają wymiar nie tylko estetyczny, ale i polityczny. Zachęcając pisarzy, agentów i wydawców, by organizowali spotkania autorskie w Ukrainie, mówiła o „odwadze obecności” i sile bezpośredniej rozmowy z czytelnikami żyjącymi w cieniu alarmów bombowych.
Ta perspektywa solidarności świetnie koresponduje z projektem powieści o powojennych przesiedleniach. W obu przypadkach chodzi o to, by literatura nie tylko upamiętniała cierpienie, ale też tworzyła mosty między różnymi doświadczeniami. Kto czyta o wygnańcach z Dolnego Śląska, łatwiej zobaczy w dzisiejszych uchodźcach nie abstrakcyjnych „migrantów”, lecz ludzi niesionych przez ten sam przymus historii.
- spotkania z czytelnikami w miejscach dotkniętych wojną,
- tłumaczenia książek opisujących przesiedlenia i ucieczki,
- wspólne projekty literackie autorów z różnych krajów,
- wydarzenia, które łączą pamięć lokalną z doświadczeniem globalnym.
Tego typu działania pokazują, że literatura o Dolnym Śląsku, Prusach Wschodnich czy Wołyniu nie jest jedynie sprawą historii regionalnej, ale częścią szerszej refleksji o przemocy granic i losie ludzi w ruchu.
Na co jeszcze warto czekać w kontekście nowej powieści Tokarczuk?
Zapowiadana książka noblistki pojawi się w roku, który obfituje w ważne premiery. Wśród nich są zarówno powroty nagradzanych pisarzy, jak i tytuły podejmujące tematy pokrewne: pamięć, winę, migrację, przemoc systemową. Na półkach księgarń znajdą się między innymi powieści Jona Fossego, Annie Ernaux czy Mircei Cărtărescu, a także polskie reportaże o nuklearnych testach, biografie Marii Skłodowskiej-Curie czy Mariana Turskiego.
W tym gąszczu nowości proza Tokarczuk wyróżnia się jednak skalą zamierzenia. Opowiedzieć „porządnie” historię wymiany ludności na Dolnym Śląsku to zmierzyć się nie tylko z pamięcią własnej rodziny, ale i z niewygodnym wspólnym dziedzictwem Polaków i Niemców. To także krok w stronę tego, o czym pisał Günter Grass: nadrobienia „niesłychanego zaniedbania” w mówieniu o cierpieniu wypędzonych, bez względu na ich paszport.
Tokarczuk zapowiada, że chce napisać tę książkę, zanim „odejdzie na emeryturę”. To zdanie można potraktować nie jako żart, ale jako sygnał, jak bardzo powieść o przesiedleniach jest dla niej wewnętrznym zobowiązaniem. Dla wielu czytelników Dolny Śląsk po tej książce nie będzie już tą samą białą plamą na mapie wyobraźni.